Powojenna zydokomuna


[ Czytaj odpowiedzi ] [ Wpisz swoj komentarz ] [ Otwarty Mikrofon - Forum Dyskusyjne ]

imie: Z Rzeczpospolitej - czas: June 30, 1999 at 19:55:51 - IP: 216.214.102.243


Glos w dyskusji o powojennej "zydokomunie"
Cena strachu

JAN GROSS

Chociaz Zydow doszczetnie wymordowano podczas okupacji niemieckiej, to stereotyp zydokomuny przetrwal lata wojny. Po objeciu wladzy w Polsce przez tzw. rzad lubelski stereotyp ten, mozna by rzec, wrecz sie zaostrzyl. Zydom mianowicie przypisano szczegolnie ponura role w zniewoleniu polskiego spoleczenstwa, do czego mieli sie przyczynic, pracujac w aparacie bezpieczenstwa nowo tworzonego panstwa. Czy rzeczywiscie dominanta zydowskiego losu w Polsce bezposrednio po wojnie bylo budowanie nowego ustroju podlug zasad naukowego socjalizmu i przesladowanie wspolobywateli polskiego pochodzenia? Mysle, ze nie. Mysle, ze dominanta zydowskiego losu w tych latach byl przede wszystkim strach.

CKS, czyli Komisja Specjalna przy Centralnym Komitecie Zydow w Polsce (CKZP), byla efemeryda, istniala zaledwie 8 miesiecy - od lipca 1946 roku do marca 1947. A poniewaz i nazwe miala enigmatyczna, nic dziwnego, ze sposrod ogromnych i pasjonujacych archiwow Zydowskiego Instytutu Historycznego dwa pudla dokumentujace jej istnienie nie trafily w centrum zainteresowania historykow. Tymczasem, w papierach komisji opisana jest bardzo ciekawa historia. Oto fragment koncowego sprawozdania komisji z 30 maja 1947 roku, podsumowujacego jej dzialalnosc: "Glownym zadaniem C.K.S. bylo: przez nalezyte zorganizowanie ochrony i obrony instytucji zydowskich pomoc wladzom w obronie zycia ludnosci zydowskiej w kraju, zapobiec panice i umozliwic zydowskiemu spoleczenstwu spokojnej, konstruktywnej pracy (tak w oryginale - przyp. aut.) nad odbudowa jej zycia. Pierwszym krokiem C.K.S. bylo nawiazanie scislego kontaktu z Wladzami Bezpieczenstwa Demokratycznej Polski. Wladze te przychylnie ustosunkowaly sie do naszych zamierzen i poparly nasze wysilki udzielajac nam wszechstronnej pomocy.

Kontakt K.S. (Komisji Specjalnych - przyp. aut.) w calym kraju z Organami M.B.P., M.O. i O.R.M.O. byl scisly i wspolpraca dala dobre rezultaty. W okresie swej dzialalnosci K. S. przeprowadzily przeszlo 2000 interwencji u Wladz w calym kraju.

Praca naszego aparatu informacyjnego byla wszechstronna. Mielismy swoich ludzi na fabrykach, bazarach, szkolach, uniwersytetach, itp. Ludzie nasi chodzili do kosciolow".

Tak wiec pod enigmatyczna nazwa Komisji Specjalnej kryla sie zydowska organizacja, ktorej modus operandi w obronie zydowskich interesow polegal w duzej mierze na wspolpracy z bezpieka. W ten sposob stereotyp, mowiacy o szczegolnie bliskich powiazaniach Zydow z aparatem bezpieczenstwa w powojennej Polsce, nabiera wreszcie konkretnego upostaciowania. Na czym ta wspolpraca polegala i jak do niej doszlo?

Geneza Komisji Specjalnej wiaze sie z pogromem w Kielcach, ktory wywolal poploch wsrod ludnosci zydowskiej i wzmozona fale wyjazdow z Polski. Juz pare miesiecy wczesniej Zydzi zaczeli opuszczac kraj, ale po Kielcach intensywnosc wyjazdow sie zwielokrotnila. Jednakze dziesiatki tysiecy ludzi, wycienczonych okropnosciami wojny, nie moglo przeciez w jednej chwili wyjechac z ojczyzny.

Nieprzypadkowy wybor

Wielu zreszta wcale o wyjezdzie nie myslalo. W nastepstwie wydarzen kieleckich zorganizowana spolecznosc zydowska zdecydowala powolac do zycia organy samoobrony. Na zebraniu prezydium CKZP, istniejacego od jesieni 1944 r., podczas dyskusji o sytuacji skupisk ludnosci zydowskiej w Polsce mowiono wrecz o potrzebie reaktywowania ZOB (Zydowskiej Organizacji Bojowej). Kiedy ustanowiono wreszcie Centralna Komisje Specjalna, jej pierwszym przewodniczacym desygnowano, w symbolicznym gescie, Icchaka Cukiermana, "Antka", komendanta ZOB po smierci Mordechaja Anielewicza. I nieprzypadkowo na wiadomosc o pogromie w Kielcach, jeszcze tego samego dnia wieczorem, Cukierman pojechal do Kielc razem z Markiem Edelmanem, aby pozostalych przy zyciu Zydow wywiezc w bezpieczne miejsce.

Kielce odebrane zostaly w spolecznosci zydowskiej jak sygnal ostatecznego zagrozenia, niebezpieczenstwa utraty zycia. Nie mamy dokladnych statystyk Zydow zamordowanych w Polsce bezposrednio po wojnie. Zreszta wymowa liczb nie bylaby w tym przypadku jednoznaczna. Byl to przeciez okres wojny domowej i pookupacyjnego bandytyzmu, w ktorym dziesiatki tysiecy ludzi stracily zycie. Lucjan Dobroszycki, zmarly niedawno badacz tego okresu, zawsze z wielkim pietyzmem opracowujacy dane liczbowe, mowil o 1500 ofiarach wsrod Zydow. Zwazywszy na moment historyczny, jest to liczba, choc strach pisac te slowa, umiarkowana. W dodatku czesc z nich zabito nie jako Zydow, ale przy okazji porachunkow politycznych lub napadow rabunkowych - choc tych ostatnich nie mozna latwo wyeliminowac w rachunku. Bo wprawdzie motywem napadu byl tu zabor mienia, ale wybor Zyda jako ofiary byl czesto nieprzypadkowy. Szczegolnie niebezpieczne pod tym wzgledem bylo dla Zydow podrozowanie koleja.

"Wsiadlam dn. 3 X (1946 r.) o godz. 7-ej wieczorem do pociagu zdazajacego z Warszawy do Krakowa. W moim towarzystwie znajdowal sie moj maz Henryk Liberfreund oraz Schenker Amalja. Jechalismy w przedziale, w ktorym bylo jeszcze kilka osob (jedna zakonnica). W przedziale swiecila sie swieca. Jechalismy zupelnie spokojnie, az do stacji Kaminsk kolo Radomska. W miedzyczasie swieca zgasla, w przedziale bylo ciemno i wszyscy pasazerowie spali. Podczas postoju pociagu na stacji Kaminsk wszedl do przedzialu mezczyzna w cywilu w czapce wojskowej z orzelkiem oraz automatem. Obchodzil pasazerow, swiecac latarka. Gdy doszedl do mego spiacego meza, zakrytego plaszczem, zerwal z niego plaszcz i odezwal sie: ÈMam cie Mosku, heraus, heraus, aussteigenÇ. Maz szarpal sie, nie chcac wysiasc, na to napastnik ciagnal go za ramie, jednak nie mogl go wyciagnac. Wtedy napastnik zagwizdal i od razu zjawil sie drugi mezczyzna, ktorego dobrze nie zauwazylam, w asyscie konduktora. Ja zaczelam okropnie krzyczec, wtedy pierwszy napastnik zaczal sie szamotac ze mna, uzywajac slow: heraus, aussteigen. Ja mu sie wyrwalam, w miedzyczasie pociag ruszyl i napastnik wypchnal meza z wagonu i za nim wyskoczyl. Ja dalej krzyczalam i nie wiem, co sie dalej stalo. Nadmieniam, ze nikogo nie legitymowano, meza tez nie. Pasazerowie, jak rowniez konduktor, w ogolnosci nie reagowali na caly wypadek, wrecz przeciwnie smiali sie i zachowywali dosc nieprzyzwoicie. Jeden mezczyzna, jadacy w przedziale obok meza, o wygladzie semickim zostal zagadniety przez napastnika slowami Èty zydekÇ. Ten oswiadczyl, iz moze sie wylegitymowac papierami, ze nie jest Zydem, a wtedy niczego mu nie zrobil".

Rezultaty inwigilacji

Ten niezwykle detaliczny opis - w zachowanych archiwach morderstwa na kolei odnotowywane byly zazwyczaj ledwie w paru zdaniach - uzupelniony jest jeszcze nie podpisana notatka, zatytulowana "Informacja" i sporzadzona w trzy dni po opisanych tu wypadkach: "Na szlaku Krakow-Warszawa przejezdza pociag przez miejscowosc Kaminsk, 15 minut za Radomskiem. Cala ta miejscowosc lezy w lesie, przecina ja tor kolejowy, wzdluz toru stoja domy. Mieszkancy tych domow w wiekszej czesci zyli przed wojna, za czasow okupacji i obecnie z tego, co z przejezdzajacych pociagow upoluja. Przewaznie dotyczylo to pociagow z weglem, ktore tamtedy przejezdzaly, prawie cala okoliczna ludnosc zyla z zesypywanego wegla z wagonow, co przewaznie odbywalo sie noca. W dwoch z tych domow, mianowicie w jednym przy samej stacji a drugim troche dalej, jednopietrowym, mieszka towarzystwo, ktorego osrodkiem jest kobieta lekkich obyczajow (...). Cale to towarzystwo bawi sie dobrze nocami i pije, a od czasu do czasu czeka na przejezdzajacy pociag w nadziei jakiegos lupu. Teraz ofiarami tych band sa pasazerowie Zydzi, przejezdzajacy pociagami, ktorych mozna bardzo latwo nastraszyc karabinem, wyciagnac z pociagu, obedrzec z gotowki i ruchomosci w lesie, w ktorym to wszystko sie odbywa, postarac sie o to, by slad po nich zaginal i w nagrode za to miec latwy sposob zycia dla siebie i swoich kompanow. Chodzi o inwigilowanie i zwrocenie bacznej uwagi na te okolice". Czy inwigilacja dala jakies rezultaty, nie umiem powiedziec, w kazdym razie okolicznosci zaginiecia Liberfreunda nie zostaly wyjasnione. Mozna sie domyslac, ze padl ofiara rabusiow, ktorzy dobierali sobie ofiary sposrod Zydow. Oprocz takich napadow, z agresja, swiadomie skierowana przeciwko Zydom, mamy rowniez do czynienia przy okazji pogromow, kiedy motywem napasci tlumow bylo przekonanie, ze Zydzi zamordowali dziecko chrzescijanskie w celach rytualnych, i takze kiedy zabijano Zydow, wracajacych do przedwojennego miejsca zamieszkania z zamiarem odebrania wlasnosci, ktora w miedzyczasie przywlaszczyla sobie okoliczna ludnosc.

Jednakze bezposrednio w pogromach zginelo po wojnie kilkadziesiat osob i tylko czesc morderstw zostala popelniona na Zydach w ich rodzinnych stronach. Wielu nie moglo przeciez nawet marzyc o powrocie do domu, bo olbrzymia czesc Polski, gdzie Zydzi przed wojna mieszkali, wcielono do ZSRR. A z kolei najwieksze skupisko ludnosci zydowskiej po wojnie zlokalizowano na ziemiach odzyskanych. Zatem skala zabojstw, ktorych ofiarami padali Zydzi jako Zydzi, sama w sobie nie powinna byla chyba wywolac tak panicznej reakcji.

Narastajacy strach spolecznosci zydowskiej staje sie lepiej zrozumialy dopiero w kontekscie szerszego zjawiska, jakim byly powszechne objawy antysemityzmu, z ktorymi Zydzi spotkali sie po wyzwoleniu. Bo choc antysemityzm nie byl dla nich niczym nowym w zetknieciu z polskim spoleczenstwem, to jednak po okupacji nabral zupelnie nowego znaczenia: w obliczu dopiero co spelnionej Zaglady narodu zydowskiego nikt nie mogl sobie nie zdawac sprawy, ze otwiera droge do ostatecznej katastrofy. Sprobujmy zatem odpowiedziec na pytanie: Jak rozpowszechnione byly uprzedzenia antyzydowskie w Polsce 50 lat temu?

Udowodnic tozsamosc

Urzedy panstwowe, jak wiadomo, dzialaja opieszale i nie wysylaja okolnikow w odpowiedzi na indywidualne zazalenia. Musialo sie wiec uzbierac sporo skarg w Ministerstwie Administracji Publicznej, zanim zdecydowano wreszcie rozeslac do wojewodow, pelnomocnikow okregowych i prezydentow Warszawy oraz Lodzi pismo "W sprawie ustosunkowania sie do obywateli narodowosci zydowskiej". Opatrzone data 5 czerwca 1945 roku, wyszlo z urzedu niespelna miesiac po kapitulacji hitlerowskich Niemiec.

"Doszlo do wiadomosci Ministerstwa Administracji Publicznej, ze zdarzaja sie wypadki, iz wojewodzkie i powiatowe wladze i urzedy administracji ogolnej oraz urzedy samorzadu terytorialnego nie kieruja sie przy zalatwianiu spraw petentow narodowosci zydowskiej naleznym obiektywizmem. W bezpodstawnie negatywnym ustosunkowaniu sie do tych spraw wymienionych wladz i urzedow, zwlaszcza w utrudnianiu repatriantom zydowskim zajmowania naleznych im mieszkan, przebija dosc wyraznie wysoce niedemokratyczna tendencja antysemicka. Ministerstwo Administracji Publicznej zwraca uwage na to niepozadane zjawisko i zaznacza, ze wszystkich lojalnych obywateli R.P., bez wzgledu na ich narodowosc i wyznanie, nalezy traktowac jednakowo, tj. umozliwienia im (tak w oryginale - przyp. aut.) zycia w ramach obowiazujacego ustawodawstwa. W zwiazku z tym Ministerstwo Administracji Publicznej zaleca Obywatelom przestrzegac, azeby podlegle im wladze i urzedy stosowaly sie do wskazan niniejszego pisma".

W archiwach Urzedu Wojewodzkiego w Krakowie znalezc mozna zazalenia, o ktorych tu mowa, skladane za posrednictwem komitetow zydowskich. Choc pelne wyjasnienie calego zagadnienia wymagaloby obszernej kwerendy w kilkunastu archiwach wojewodzkich i centralnych, kilka przykladow moze nam te sprawe przyblizyc. I tak na poczatku lipca 1945 roku, w Chrzanowie: "Referent rejestracji przy Milicji Obywatelskiej zazadal od ob. Schnitzer Gusty, ktora wrocila z obozu azeby udowodnila tozsamosc przez jednego swiadka, ktory ma stwierdzic identycznosc oraz, ze przed wojna mieszkala w Chrzanowie. Gdy ob. Schnitzer Gusta przedstawila referentowi wymienionego dzialu jako swiadka Przewodniczacego Powiatowego Komitetu Zydowskiego w Chrzanowie ob. Bachnera Lesera wspomniany referent oswiadczyl w obecnosci swiadka, ze do przedstawionego mu swiadka nie ma zaufania i ze zaufanie ma tylko do swiadka pochodzenia niezydowskiego i tylko wowczas zarejestruje, gdy wymieniona ob. przedstawi mu takiego swiadka".

Sprawa zupelnie blaha, ale przez to moze szczegolnie wymowna. Bo trudno nawet tlumaczyc niefortunny jezyk urzednika proba obrony administracji przed nawalem zydowskich rewindykacji, jako ze zaraz po wyzwoleniu w powiecie chrzanowskim znajdowalo sie ok. 105 Zydow.

Na uprzedzenia organow Milicji Obywatelskiej narzekaly zreszta komitety zydowskie w calej Polsce. Ale i nastawienie Urzedow Bezpieczenstwa, tych najbardziej przeciez uswiadomionych politycznie organow wladzy, budzilo czesto niepokoj Zydow. W papierach krakowskiej Komisji Specjalnej znajdujemy, na przyklad, pismo nastepujacej tresci: "Dnia 24 i 25 bm. (stycznia 1947) odbylo sie przedstawienie, rewja, urzadzona przez sekcje teatralna Klubu Sportowego Sila w Oswiecimiu. Tematem i trescia tego widowiska bylo wysmiewanie Zydow w skeczach i piosenkach. Zaznaczamy przy tym, iz glowna role w tych hecach antyzydowskich gral komendant U.B. w Oswiecimiu".

Albo taki oto brak wrazliwosci, ktory rowniez mial miejsce w Chrzanowie, gdzie Urzad Miejski od pewnej chwili zaczal codziennie wysylac Komitetowi Zydowskiemu zapotrzebowania na sile robocza. Na 5 lipca, na przyklad, prosil "o wyznaczenie 12 osob plci zenskiej w celu zatrudnienia ich przy praniu bielizny zolnierzom Armii Czerwonej". I nawet juz to, ze nie wyplacal obiecanego z gory wynagrodzenia, nie mialo takiego znaczenia, jak sama forma zapotrzebowania, ktora "wzorem metod okupantow czyni Komitet Zydowski odpowiedzialnym za niedostarczenie osob w oznaczonym terminie i miejscu" Wezwania takie otrzymuje jedynie ludnosc zydowska za posrednictwem Komitetu, przez co Zarzad Miejski w Chrzanowie kontynuuje tradycje okupanta, ktory z ludnoscia zydowska porozumiewal sie za pomoca Judenratu.

Oczywiscie, administracja panstwowa w okresie odbudowy miala inne wazniejsze zajecia, niz dokuczanie Zydom. Wladze centralne zas - jak na to wskazuje chocby cytowany poprzednio okolnik Ministerstwa Administracji Publicznej - byly na problemy dyskryminacji wyczulone. Ale zwykly obywatel mial do czynienia przede wszystkim z administracja na szczeblu lokalnym, a tu sprawy czesto wygladaly jak na zalaczonym obrazku. I choc mozna sie bylo poskarzyc i odwolac do wyzszych instancji, to jednak wymowa takich powtarzajacych sie zderzen z rzeczywistoscia byla szokujaca, bo w koncu "c'est le ton qui fait la chanson".

Z niechecia spotykali sie Zydzi nie tylko w urzedach albo w miejscach pracy, ale rowniez na szeroko rozumianej ulicy. Z prowincjonalnych miasteczek powtarzaja sie wiadomosci o pobiciu zydowskich przechodniow, wybijaniu szyb w oknach, obrazliwych napisach czy slownych pogrozkach. "Jest faktem bezspornym - pisal Jan Kowalczyk, Komisarz Wojewodzki dla Spraw Produktywizacji Ludnosci Zydowskiej na wojewodztwo krakowskie, do Prezydium Okregowej Komisji Zwiazkow Zawodowych - ze warunki pobytu ludnosci zydowskiej w osrodkach powiatowych sa niezwykle ciezkie. Z powodu terroru elementow reakcyjnych ludnosc zydowska z osrodkow tych ucieka dla zachowania zycia i koncentruje sie w wiekszych miastach".

Pogrom w Krakowie

Istotnie, powiatowe i wojewodzkie komitety zydowskie apeluja o przenoszenie sie do wiekszych miejscowosci, gdzie staraja sie zalatwiac odpowiednie pomieszczenia, prace, warunki bytowe. Ale i w duzych miastach Zydzi nie byli bezpieczni. Oto relacja z Krakowa: "W piatek wieczorem o zmierzchu, wedlug zydowskich przepisow religijnych odbywa sie nabozenstwo sobotnie. Nabozenstwa urzadzane sa w jednej synagodze przy ul. Miodowej 27, ktora ma takze wejscie od ulicy Warszauera 8. Gdy tylko rozpoczyna sie nabozenstwo, gromadzi sie motloch, szumowiny spoleczne i wyrostki, ktorzy przewaznie od strony ul. Warszauera 8 atakuja synagoge, obrzucaja kamieniami i specjalnymi flaszkami niszcza dach i rozbijaja okna i szyby i to w kazdy piatek z innej strony. Tym aktom gwaltu publicznego towarzysza przerazliwe krzyki, wyzwiska, obelgi i smiechy, a czesto tez usilowanie wtargniecia do wnetrza synagogi. Poniewaz te ataki powtarzaja sie praktycznie w kazdy piatek i juz dwukrotnie kamienie ugodzily Rabina, gdy stal przy oltarzu i odprawial modlitwy - przeto nie mogac wiecej nad sprawa ta przejsc do porzadku - podajemy o tym do wiadomosci Ob. Wojewody, jak rowniez Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego, z prosba o wydanie natychmiastowego zarzadzenia, by ludnosc zydowska mogla wreszcie w Krakowie spokojnie odprawiac swoje nabozenstwa".

Mozna by zbyc te epizody, bo w Krakowie na Kazimierzu jeszcze przez wiele powojennych lat mieszkal polswiatek i lumpenproletariat. Ale to nie byl wypadek odosobniony. Takze domy dziecka, domy starcow, kolonie letnie, domy, w ktorych mieszkali repatrianci, byly obiektami podobnych napadow.

Niespelna trzy tygodnie pozniej, 11 sierpnia 1945 r., mial miejsce pogrom w Krakowie, tym razem w roznych punktach miasta. Jedna z ofiar, ktora przezyla ciezkie pobicie, odnotowala nastroje swiadkow tego wydarzenia: zolnierzy, milicjantow, kolejarzy, pracownikow sluzby zdrowia, a wiec ludzi spoza marginesu spolecznego: "Zaniesiono mnie do II Komisariatu M. O., gdzie zatelefonowano po karetke pogotowia. Bylo tam jeszcze 5 osob, m. in. jedna ciezko poraniona Polka. W karetce pogotowia slyszalam uwagi sanitariusza i zolnierza eskortujacego, ktorzy wyrazali sie o nas jako o zydowskich scierwach, ktore musza ratowac, ze nie powinni tego robic, zesmy dzieci pomordowali, ze trzeba by nas wszystkich powystrzelac. Zawieziono nas do szpitala sw. Lazarza przy ul. Kopernika. Pierwsza poszlam na sale operacyjna. Tuz po operacji zjawil sie zolnierz, ktorzy twierdzil, ze wszystkich po operacji zabierze do wiezienia. Tenze bil jednego z poranionych Zydow czekajacych na operacje. Trzymal nas pod odbezpieczonym karabinem i nie pozwolil napic sie wody. Po chwili przyszli dwaj kolejarze, z ktorych jeden powiedzial: ÈTo skandal, zeby Polak nie mial cywilnej odwagi uderzyc bezbronnego czlowiekaÇ i uderzyl rannego Zyda. Jeden ze szpitalnych chorych uderzyl mnie szczudlem. Kobiety, miedzy innymi pielegniarki, staly za drzwiami, odgrazajac sie i mowiac, ze czekaja na zakonczenie operacji, aby nas rozszarpac".

Z dzisiejszej perspektywy nie jawi sie nam jako okolicznosc lagodzaca, ze wymachujacy szczudlem inwalida, pielegniarka, kolejarz, zolnierz czy milicjant wypowiadali sie i dzialali w afekcie, przekonani, ze Zydzi sciagaja krew chrzescijanskich dzieci na mace!

Ten sredniowieczny przesad wyprowadzal ludzi po wojnie w Polsce na ulice niejeden raz i to w roznych miastach: w Krakowie, Kielcach, Bytomiu, Bialymstoku, Szczecinie, Bielawie, Otwocku czy w Legnicy. Sama kwestia zas traktowana byla w polskim spoleczenstwie, mozna by rzec, z naturalna prostota: 19 pazdziernika 1946 paru podchmielonych jegomosciow poszukiwalo dziecka w zydowskim domu repatriantow w Krakowie przy ul. Stradom 10. Przed domem zebral sie tlumek i kiedy straznicy domu zaczeli go rozpedzac, to "starszy patrolki M.O. (ktora w miedzyczasie przybyla zaalarmowana przez mieszkancow - przyp. aut.) oswiadczyl naszemu straznikowi, ze Ègdyby obywatelowi zginelo dziecko, to obywatel tez by szukalÇ". No wlasnie. Pozwala nam to byc moze troche lepiej zrozumiec, co mial na mysli wojewoda krakowski, piszac w "Sprawozdaniu sytuacyjnym" za czerwiec 1945: "W ubieglym miesiacu nie doszlo na terenie wojewodztwa do powazniejszych wystapien antyzydowskich. Mimo to jednak, nic nie wskazuje na to, by nastawienie spoleczenstwa do Zydow uleglo zmianie. Jest ono nadal tego rodzaju, ze wystarczy by zaszedl jakis najzupelniej blahy incydent, lub by sie pojawila najbardziej nieprawdopodobna plotka, azeby wywolac powazne ekscesy".

No dobrze, jaka ulica jest, wszyscy wiedza. Ale jak na to wszystko reagowala elita spoleczenstwa lokalnego? I na to bardzo konkretne pytanie mozemy dac probe odpowiedzi, korzystajac z faktu, ze 19 sierpnia 1945 roku w Bochni odbyl sie zjazd powiatowy Stronnictwa Ludowego. W sali kina "Raj" zebralo sie okolo tysiaca delegatow (tu, mam wrazenie, anonimowy sprawozdawca, piszacy te notatke dla Urzedu Wojewodzkiego, troche przesadzil) "za zaproszeniami imiennymi", a wiec nie przypadkowi ludzie, lecz sama elita lokalna mikolajczykowskiej opozycji.

"Z kolei zabral glos trzeci mowca (nieznanego nazwiska), ktory nawiazujac do referatu Kiernika, ze Polska ma byc Panstwem jednolitym narodowo (chodzilo o wysiedlenie Niemcow z ziem wcielonych) - postawil wniosek, aby rowniez Zydow wysiedlono z Polski, przy czym zaznacza, ze Hitlerowi nalezaloby podziekowac za wyniszczenie Zydow (burzliwe oklaski i brawa). Na powyzsze przemowienie przewodniczacy ob. Ryncarz Wladyslaw natychmiast reaguje, odbierajac mu glos i potepiajac jego przemowienie".

Odwolujac sie do tradycji zydowskich szmoncesow, mozna by rzec, ze w tej notatce zawarta jest jedna dobra i jedna zla wiadomosc dla Zydow. (...)

Takie byly okolicznosci, w ktorych powstala CKS. Po Kielcach stalo sie jasne, ze nie tylko indywidualne osoby w odosobnieniu prywatnych mieszkan, w przedzialach kolejowych czy na polnych drogach zagrozone sa utrata zycia, ale cale skupiska zydowskie byly wystawione na podobne niebezpieczenstwo. W ciagu lipca, po decyzji powolania do zycia CKS, komisje specjalne zostaly utworzone najpierw przy zydowskich komitetach wojewodzkich, a potem w terenie. Wspolpracowaly z soba w tej materii wszystkie partie reprezentowane w komitetach zydowskich. Sporzadzono liste obiektow wymagajacych ochrony, takich jak domy dziecka, magazyny, domy starcow, repatriantow, lokale partyjne czy kibuce, i wystawiono straze. Ponad polowa personelu pracowala spolecznie, reszta oplacana byla z budzetu CKS. Okolo 3 milionow zlotych wydawano miesiecznie na pensje dla straznikow - srednio ok. 3500 zl. W sumie uzbrojono prawie 2500 osob.

Karabin na postrach

Komisje specjalne podporzadkowane byly w teorii ORMO, a w rzeczywistosci podlegaly komitetom zydowskim i CKS w Warszawie. Rownie wazne, co wystawienie strazy, bylo zorganizowanie systemu alarmowego w terenie, pozwalajacego jak najszybciej powiadomic o niebezpieczenstwie najblizszy posterunek MBP albo milicji. Zalozono wiec telefony, gdzie to bylo mozliwe, i wyznaczono lacznikow. Plany chronionych budynkow zostaly wyrysowane wraz ze schematem okolicznych ulic i zaznaczeniem najblizszych posterunkow Urzedu Bezpieczenstwa i MO. Mozna je dzis odnalezc w archiwach CKZP, zdeponowanych w ZIH. Brzmi to wszystko razem bardziej profesjonalnie, niz przedstawialo sie w rzeczywistosci. Zbrojne ramie komitetow zydowskich nie wygladalo imponujaco: "Byli to wlasciwie wozni, stroze, pracownicy fizyczni uzywani do roznych poslug. Kierownicy roznych zydowskich instytucji i ich wydzialow roscili sobie prawo do wartownikow, poniewaz nie bylo wiadomo, komu wlasciwie podlegaja, czy Komitetowi, czy KS. Warunki wartownikow byly straszne. Wyglad ich budzil odraze, byli brudni, nieogoleni i oberwani". No, ale przynajmniej stal czlowiek z karabinem na postrach.

Na szczescie, nie musieli zbyt czesto poslugiwac sie bronia. W sprawozdaniu koncowym CKS odnotowane sa tylko dwa takie przypadki - w Rabce i Bialymstoku - bez podania szczegolow. W wykazie 108 pracownikow komisji specjalnych, przedstawionych do premiowania po zakonczeniu jej dzialalnosci 1 kwietnia 1947 roku, wymienione sa dwie osoby, ktore zginely na stanowisku - w Zabkowicach i Lodzi.

A na czym polegala dzialalnosc donosicielska pracownikow komisji specjalnych? W wiekszosci wypadkow dotyczyla rozmaitych sytuacji, mogacych spowodowac zagrozenie osob fizycznych i obiektow, w ktorych mieszkali Zydzi. Ale nie tylko. Na przyklad, po zebraniu w fabryce wlokienniczej w Nowej Rudzie, na ktorym wybierano rade zakladowa, poszedl donos do Urzedu Bezpieczenstwa na mowce, ktory wystapil z zadaniem, aby w radzie nie bylo Zydow (jedna z kandydatek byla robotnica Zydowka), i na przewodniczacego, ktory zapewnil entuzjastycznie popierajacych ten wniosek zebranych, ze z pewnoscia do tego nie dopusci. Wnioskodawca, co specjalnie zreszta odnotowano, byl czlonkiem PPR.

Byly tez i przypadki bardziej drastyczne. W cytowanym na samym poczatku sprawozdaniu koncowym z dzialalnosci CKS znajdujemy nastepujace zdanie: "Na podstawie naszych informacji Wladze zlikwidowaly cztery bandy N.S.Z. i W.I.N. (Wroclaw i Szczecin)". Jakie ludzkie tragedie kryje tych pare slow, mozna by sie dopiero dowiedziec z archiwow Ministerstwa Spraw Wewnetrznych, bo dokumenty CKZP nie zawieraja zadnych szczegolow. Mozna jednak miec nadzieje, ze komitet ten grozny bilans "czterech band" podawal troche na wyrost. Pozwala nam na ten domysl inny, wyszczegolniony w sprawozdaniu koncowym, sukces (ze mianowicie "Komisja Specjalna we Wloclawku wykryla punkt agitacyjno-propagandowy, skad rozpowszechniano anysemicko reakcyjna lekture. Punkt zostal zlikwidowany"), ktory mozemy odtworzyc z detalami: "Do powiatowego UBP we Wloclawku, Wloclawek, 1 lutego 1947. Mniej wiecej w polowie grudnia 1946 r., przebywajac w jednym z lokali w towarzystwie, dowiedzialem sie, iz w bibliotece miejskiej we Wloclawku znajduja sie ksiazki o tresci anty-demokratycznej. Postanowilismy sprawe te wyjasnic, skierowujac jako czlonkow tej biblioteki, czlonkow n/komitetu ob. Lepek Icek i Lepek Helcza (tak w oryginale - przyp. aut.). Czlonkowie nasi w przegladaniu katalogu w w/w bibliotece zauwazyli ksiazke o tresci wybitnie antyzydowskiej pod tytulem ÈNiebezpieczenstwo zydowskieÇ, ktora przy niniejszym zalaczamy. Nadmieniamy, ze czlonkowie nasi zauwazyli, ze w bibliotece wyzej wspomnianej znajduja sie rowniez ksiazki o tresci anty-radzieckiej".

Niestety, w tamtych czasach nawet donosy polanalfabetow na ksiazki miewaly dotkliwe konsekwencje i w rezultacie interwencji rodzenstwa Lepkow zamknieto biblioteke we Wloclawku, zas Bogu ducha winna kierowniczke aresztowano. Energiczni dzialacze z Wloclawka sugerowali pozniej CKS, aby wszystkim komisjom specjalnym wydala polecenie sprawdzenia bibliotek i czytelni na swoim terenie. Na szczescie, nie ma juz wiecej sladow, by pracownicy KS przeszukiwali ksiegozbiory i przyczyniali sie do zamykania bibliotek. Tak, w skrocie, wyglada bilans dzialania jedynej zydowskiej instytucji w powojennej Polsce, ktora w obronie zydowskich interesow wspolpracowala z organami bezpieczenstwa.

Cwierc miliona ludzi

Oczywiscie, historia Komisji Specjalnej przy CKZP to jedynie drobny fragment wielowiekowej historii stosunkow polsko-zydowskich. Ale fragment tkwiacy w samym srodku niezwyklego zjawiska, jakim byla masowa emigracja ludnosci zydowskiej z Polski po drugiej wojnie swiatowej. To w tym doswiadczeniu calej spolecznosci - a nie domniemywanych konszachtach Zydow i komunistow - tkwi esencja losow ludnosci zydowskiej w powojennej Polsce. Bo przeciez opuszczenie ojczyzny przez niespelna cwierc miliona ludzi (tyle mniej wiecej Zydow wyjechalo z Polski do konca 1948 roku), nie przymuszonych do tego zadnym dekretem panstwowym ani presja administracyjna, to prawdziwe wyzwanie, prowokacja intelektualna, z ktora ani polska publicystyka, ani historiografia jeszcze sie nie zmierzyly. Zostawili za soba wszystko - zmarlych, przodkow, dobytek, kulture materialna, nawarstwiona przez wieki. Wyjechali ledwo zywi - doslownie, w zrujnowana Europe, nie wiedzac, dokad jada. A to, co wiedzieli, sprawe dodatkowo gmatwa - jechali przeciez w pierwszej kolejnosci do obozow (przesiedlenczych), do Niemiec! Czy byla to po prostu kolejna fala emigracji za chlebem? A jesli nie, jesli to byla ucieczka calego narodu przed przesladowaniami, to co to o nas mowi?

Jan Gross

Fragment ksiazki pt. "Upiorna dekada. Trzy eseje o stereotypach na temat Zydow, Polakow, Niemcow i komunistow" (Uniwersitas, Krakow 1998), opublikowanej w symbolicznym, akademickim nakladzie. Autor przekazal nam go, jako swoj glos w dyskusji na temat powojennej "zydokomuny". Cytowane dokumenty pochodza ze zbiorow Zydowskiego Instytutu Historycznego oraz Archiwum Panstwowego w Krakowie. Prof. Jan Gross jest wykladowca wydzialu politologii New York Universtisty.






Odpowiedzi:



Wpisz Twoj komentarz:

Imie:

E-Mail:

Tytul/Temat:

Wpis:

Opcjonalne:

URL do strony:

Tytul strony:

URL do zdjecia:


[ Czytaj odpowiedzi ] [ Wpisz swoj komentarz ] [ Otwarty Mikrofon - Forum Dyskusyjne ]